Drewno kontra kleszcze. Czyli dlaczego natura znowu rozwiązała problem prościej niż człowiek...

kleszcz w lesie

Wojna człowieka z naturą od zawsze przypominała dość osobliwy romans toksyczny.

Wojna człowieka z naturą od zawsze przypominała dość osobliwy romans toksyczny.

Najpierw niszczymy ekosystem.

Potem jesteśmy szczerze zdziwieni, że ekosystem odpowiada biologicznie.

Następnie, z charakterystycznym dla naszej cywilizacji połączeniem pychy i kreatywności, inwestujemy miliardy w rozwiązanie problemów, które wcześniej sami wyprodukowaliśmy.

Historia kleszczy jest właśnie jedną z takich opowieści.

I trzeba przyznać, że współczesny człowiek traktuje te niewielkie pajęczaki z wyjątkową emocjonalnością. W debacie publicznej funkcjonują niemal jako biologiczni terroryści, odpowiedzialni za całe zło spacerów po lesie, wakacji na działce i kontaktu z naturą w ogóle.

Kleszcz stał się symbolem zagrożenia.

W pewnym sensie nawet bardziej niż same choroby, które przenosi.

To fascynujące zjawisko psychologiczne.

Bo człowiek wyjątkowo nie lubi zagrożeń małych, niewidocznych i trudnych do kontrolowania.

Duży drapieżnik budzi respekt.

Mikroskopijny pasożyt budzi lęk.

A lęk bardzo często uruchamia wyobraźnię skuteczniej niż fakty.

Tymczasem najnowsze badania pokazują coś niemal prowokacyjnie prostego.

Okazuje się, że zwykły zrębek drzewny może redukować liczebność kleszczy nawet o 99%.

Brzmi wręcz obraźliwie.

Zwłaszcza dla epoki, która nauczyła się wierzyć, że każde rozwiązanie musi być cyfrowe, inteligentne i najlepiej wyposażone w sztuczną inteligencję.

Nie potrzeba nanotechnologii.

Nie potrzeba dronów patrolujących lasy.

Nie potrzeba aplikacji mobilnej monitorującej wilgotność gleby w czasie rzeczywistym.

Nie potrzeba blockchainu dla zdrowia publicznego.

Potrzeba drewna.

Po prostu drewna.

A dokładniej warstwy zrębków ograniczających wilgotność środowiska.

I właśnie tutaj zaczyna się lekcja biologii.

Kleszcz nie jest problemem medycznym

Przynajmniej nie wyłącznie.

To jeden z największych błędów współczesnego myślenia o zdrowiu.

Lubimy wierzyć, że problemy zdrowotne należą do medycyny.

Że istnieją gdzieś w gabinetach lekarskich, laboratoriach i szpitalach.

Tymczasem wiele z nich zaczyna się znacznie wcześniej.

W glebie.

W lesie.

W mikroklimacie.

W krajobrazie.

Kleszcze są doskonałym przykładem tej niewygodnej prawdy.

Nie istnieją w próżni.

Ich liczebność zależy od wilgotności powietrza, temperatury, struktury roślinności, populacji gryzoni, liczby saren, obecności ptaków oraz dziesiątek innych czynników, które dla większości ludzi pozostają całkowicie niewidzialne.

To właśnie dlatego ekologia jest tak irytująca.

Nie uznaje naszych administracyjnych podziałów.

Nie interesuje jej, że stworzyliśmy osobne ministerstwa dla zdrowia, środowiska, rolnictwa i infrastruktury.

Dla ekosystemu wszystko jest jednym systemem.

Medycyna jest ekologią.

Ekologia jest zdrowiem publicznym.

Zdrowie publiczne jest urbanistyką.

Urbanistyka jest klimatem.

A klimat jest biologicznym scenarzystą całej historii.

W praktyce oznacza to, że liczba kleszczy w miejskim parku może zależeć bardziej od retencji wody w glebie niż od liczby kampanii edukacyjnych emitowanych w telewizji.

Mały pasożyt, wielka sieć zależności

Oczywiście zagrożenie pozostaje realne.

Kleszcze przenoszą imponującą kolekcję mikroorganizmów.

Borrelia burgdorferi odpowiedzialna za boreliozę.

Anaplasma phagocytophilum.

Babesia.

Bartonella.

Rickettsia.

Wirus kleszczowego zapalenia mózgu.

I cały katalog biologicznych oportunistów, którzy wyjątkowo polubili świat stworzony przez człowieka.

Jednak nawet tutaj najciekawsze nie są same patogeny.

Najciekawsze jest to, jak bardzo ich sukces zależy od środowiska.

Przez większą część XX wieku medycyna patrzyła na choroby zakaźne w sposób niezwykle elegancki.

Model był prosty.

Patogen.

Pacjent.

Lek.

Koniec historii.

Dzisiaj coraz wyraźniej widzimy, że była to historia niepełna.

Bo między patogenem a człowiekiem znajduje się cały krajobraz ekologiczny.

Klimat.

Wilgotność.

Migracje zwierząt.

Bioróżnorodność.

Fragmentacja lasów.

Zmiany użytkowania gruntów.

Urbanizacja.

Rolnictwo.

Zmiany temperatur.

Populacje gospodarzy pośrednich.

I tysiące innych zmiennych, które wspólnie tworzą biologiczną rzeczywistość.

Patogen nie podróżuje sam.

Podróżuje przez ekosystem.

One Health – niewygodna rewolucja

Właśnie dlatego coraz większe znaczenie zdobywa koncepcja One Health.

Dla wielu osób brzmi jak kolejne modne hasło konferencyjne.

Tymczasem jest to jedna z najbardziej fundamentalnych zmian myślenia o zdrowiu ostatnich dekad.

One Health zakłada coś bardzo prostego.

Zdrowie człowieka nie jest oddzielone od zdrowia zwierząt i stanu środowiska.

Stanowi ich konsekwencję.

Nie jesteśmy obserwatorami ekosystemu.

Jesteśmy jego produktem.

To oznacza, że:

wycinając lasy — zmieniamy epidemiologię,

osuszając tereny podmokłe — zmieniamy dynamikę chorób,

ograniczając bioróżnorodność — wpływamy na transmisję patogenów,

ocieplając klimat — wydłużamy sezon aktywności wektorów.

A potem z autentycznym zdziwieniem odkrywamy, że natura jednak uczestniczy w biologii.

Problemem nie jest kleszcz

Problemem jest brak równowagi.

To bardzo ważne rozróżnienie.

Kleszcze istniały długo przed pojawieniem się człowieka.

Przez miliony lat funkcjonowały jako element ekosystemów.

Nie stanowiły globalnego kryzysu zdrowotnego.

Dopiero gdy człowiek zaczął intensywnie przebudowywać krajobrazy, zmieniać klimat i redukować różnorodność biologiczną, wiele dawnych zależności zaczęło się rozpadać.

Ekosystemy tracą stabilność.

A niestabilne systemy biologiczne mają nieprzyjemny zwyczaj generowania problemów.

Coraz częściej okazuje się więc, że nie walczymy z naturą.

Walczymy z konsekwencjami własnych działań.

To trochę tak, jakby ktoś systematycznie podpalał własny dom, a następnie inwestował fortunę w coraz bardziej zaawansowane czujniki dymu.

Technologia jest imponująca.

Tylko źródło problemu pozostaje nietknięte.

Drewno jako strategia przyszłości

I właśnie dlatego historia zrębków drzewnych jest tak fascynująca.

Bo przypomina o czymś, o czym współczesna cywilizacja bardzo nie lubi pamiętać.

Najbardziej zaawansowaną technologią nie zawsze jest najbardziej skomplikowana technologia.

Czasami najbardziej zaawansowaną technologią jest zrozumienie biologii.

Nie walka z naturą.

Nie próba jej zastąpienia.

Nie budowanie coraz bardziej skomplikowanych systemów kontroli.

Po prostu zrozumienie zasad, według których działa.

Zrębek nie zabija kleszcza magicznie.

Nie emituje promieniowania.

Nie wykorzystuje sztucznej inteligencji.

Po prostu zmienia środowisko.

A zmieniając środowisko, zmienia biologię.

To lekcja znacznie większa niż sam problem kleszczy.

To przypomnienie, że wiele wyzwań zdrowotnych XXI wieku nie będzie rozwiązanych wyłącznie przez nowe leki czy nowe technologie.

Będą rozwiązane przez lepsze rozumienie relacji między człowiekiem a ekosystemem.

I być może właśnie dlatego drewno okazuje się tak interesujące.

Bo w świecie zakochanym w komplikowaniu wszystkiego przypomina nam starą biologiczną prawdę:

natura bardzo rzadko komplikuje rzeczy bez powodu.

To zwykle my robimy to za nią.

Przewijanie do góry