Kiedy smok zaczyna myśleć. O Chinach, nauce, medycynie i naszej europejskiej skłonności do przesypiania historii

chiny

W medycynie nauczyłem się jednej rzeczy: najważniejsze procesy rzadko zaczynają się od spektakularnych objawów.

Zanim choroba ujawni się w całej swojej złożoności, przez lata potrafi rozwijać się niemal niezauważalnie, zmieniając subtelne zależności metaboliczne, immunologiczne i neuroendokrynne. Podobnie bywa z historią. Wielkie przemiany cywilizacyjne niekoniecznie rozpoczynają się od rewolucji, wojen czy upadku imperiów. Częściej przypominają powolną zmianę biegu rzeki, której nurt cierpliwie podmywa fundamenty starego porządku, aż pewnego dnia odkrywamy, że most, po którym przechodziliśmy całe życie, prowadzi już na zupełnie inny brzeg.

Taką właśnie refleksję wywołały u mnie trzy artykuły opublikowane w ostatnich dniach przez Nature i STAT. Pierwszy opisuje niezwykły rozwój chińskiej nauki, drugi rosnącą potęgę Chin w dziedzinie sztucznej inteligencji, trzeci zaś współpracę szwajcarskiego Roche z chińską firmą biotechnologiczną Defand Therapeutics. Pozornie trzy niezależne wiadomości. W rzeczywistości trzy fragmenty tej samej opowieści o świecie, który zmienia się znacznie szybciej, niż jesteśmy skłonni przyznać.

W 1978 roku chińscy naukowcy opublikowali w międzynarodowych czasopismach mniej niż 120 artykułów, co stanowiło zaledwie 0,02% światowej produkcji naukowej. Niespełna pół wieku później Chiny wyprzedzają Stany Zjednoczone pod względem liczby publikacji w prestiżowych czasopismach monitorowanych przez Nature Index, a ich nakłady na badania i rozwój wzrosły w ciągu trzech dekad około stukrotnie. Według OECD w 2024 roku, po uwzględnieniu parytetu siły nabywczej, chińskie wydatki na R&D przewyższyły amerykańskie, choć w przeliczeniu według nominalnych kursów walut nadal były od nich znacznie niższe. Nie jest to jednak historia o pieniądzach. Pieniądze są nauce niezbędne, ale nie gwarantują ani wyobraźni, ani odwagi intelektualnej, ani odkryć. To przede wszystkim historia konsekwencji. Chińczycy potraktowali naukę nie jako kosztowną ozdobę politycznych deklaracji, lecz jako fundament suwerenności technologicznej i gospodarczej. Zrozumieli, że można produkować miliony urządzeń, ale jeśli najważniejsze procesory, algorytmy i patenty należą do kogoś innego, niezależność pozostaje pojęciem dość umownym.

W Europie również doskonale rozumiemy znaczenie innowacyjności, przynajmniej sądząc po liczbie konferencji, strategii, deklaracji i programów wspierania nauki.

Problem zaczyna się zwykle wtedy, gdy od uroczystego podpisania dokumentu trzeba przejść do wieloletniego finansowania badań, stabilności instytucjonalnej i zaakceptowania możliwości niepowodzenia. Natura, niestety, nie zna pojęcia okresu rozliczeniowego projektu, a przełomowych odkryć nie można zamówić z dostawą na koniec kwartału.

Jeszcze ciekawiej wygląda chińska ekspansja w dziedzinie sztucznej inteligencji. Według Digital Science w Chinach działa około 51 tysięcy aktywnych badaczy AI, podczas gdy w USA około 14 tysięcy. Chińscy naukowcy coraz częściej pozostają przy tym w ojczyźnie, zamiast tradycyjnie wyjeżdżać na amerykańskie uczelnie. Wśród autorów publikujących na prestiżowej konferencji NeurIPS, którzy ukończyli studia pierwszego stopnia w Chinach, odsetek pracujących nadal w tym kraju wzrósł z 57% w 2022 roku do 69% w 2025 roku. Ameryka pozostaje niezwykle atrakcyjnym miejscem prowadzenia badań, ale coraz bardziej restrykcyjna polityka wizowa i napięcia geopolityczne nie pomagają w utrzymywaniu tej przewagi. Trudno zresztą oczekiwać, że najzdolniejsi ludzie świata będą bez końca zabiegać o możliwość pracy w kraju, który coraz częściej traktuje ich obecność jako problem administracyjny.

Najbardziej fascynujący jest jednak pewien paradoks. W 2025 roku prywatne inwestycje w AI były w Stanach Zjednoczonych ponad 23 razy większe niż w Chinach. Amerykańskie przedsiębiorstwa mają również znacznie lepszy dostęp do najbardziej zaawansowanych procesorów graficznych. Mimo to chińskie firmy, takie jak DeepSeek czy Moonshot AI, opracowują modele coraz bardziej zbliżone możliwościami do amerykańskich liderów. Według ekspertów cytowanych przez Nature technologiczny dystans może wynosić zaledwie kilka miesięcy. Ograniczenia sprzętowe zmusiły bowiem chińskich badaczy do poszukiwania efektywniejszych algorytmów, pozwalających osiągać porównywalne rezultaty przy mniejszym zużyciu zasobów obliczeniowych. Zamiast wyłącznie zwiększać liczbę procesorów, zaczęto intensywniej zastanawiać się, jak ograniczyć liczbę niepotrzebnych operacji. Oczywiście nie oznacza to, że sankcje technologiczne nie działają ani że wszystkie chińskie osiągnięcia powstają niezależnie od zachodnich rozwiązań. Kontrowersje wokół destylacji wiedzy z istniejących modeli pozostają aktualne. Pokazuje to jednak, że ograniczenia potrafią niekiedy stać się katalizatorem innowacji.

Znamy ten mechanizm również z medycyny. Lekarz pracujący bez nieograniczonego dostępu do diagnostyki bywa zmuszony do szczególnie uważnego badania pacjenta, precyzyjnego zbierania wywiadu i dostrzegania zależności, które łatwo przeoczyć w świecie, gdzie na każde pytanie odpowiada się kolejnym badaniem obrazowym. Nie znaczy to oczywiście, że niedobór aparatury jest zaletą. Znaczy jedynie, że zasoby i umiejętność ich wykorzystania są dwiema różnymi kategoriami. Historia medycyny zna zresztą wystarczająco wiele przykładów wielkich odkryć dokonanych dzięki uważnej obserwacji, abyśmy nie mylili ceny wyposażenia laboratorium z wartością powstającej w nim wiedzy.

Z mojego punktu widzenia najbardziej wymowny jest jednak trzeci artykuł, opublikowany przez STAT 8 października. Roche zawarł porozumienie z chińską firmą Defand Therapeutics, którego potencjalna wartość może zbliżyć się do miliarda dolarów. Nie sama kwota przyciągnęła moją uwagę. Współczesna farmacja przyzwyczaiła nas już do transakcji, których wartość trudno sobie wyobrazić bez pomocy kalkulatora. Istotne jest to, że Roche nie kupuje praw do gotowego leku, lecz powierza chińskiemu partnerowi odkrywanie i rozwijanie nowych cząsteczek terapeutycznych. Chodzi o tak zwane molecular glues, czyli kleje molekularne — związki zdolne do modyfikowania interakcji pomiędzy białkami. Niektóre z nich mogą doprowadzać do selektywnego usunięcia białka uczestniczącego w procesie chorobowym poprzez skierowanie go do komórkowego systemu degradacji. Zamiast jedynie hamować jego aktywność, próbujemy więc sprawić, aby komórka sama pozbyła się niepożądanego elementu.

To fascynująca koncepcja, szczególnie w onkologii i potencjalnie w leczeniu chorób o podłożu immunologicznym. Jako lekarz podchodzę jednak do podobnych doniesień z zainteresowaniem, któremu nieodmiennie towarzyszy ostrożność. Historia farmakologii pełna jest substancji znakomicie działających w hodowlach komórkowych, nieco mniej imponujących w doświadczeniach na zwierzętach i zaskakująco rozczarowujących w badaniach klinicznych. Organizm człowieka nie jest bowiem zbiorem niezależnych szlaków sygnałowych, które można dowolnie włączać i wyłączać. Białko uczestniczące w patologii może jednocześnie pełnić istotne funkcje fizjologiczne, a jego eliminacja uruchamiać mechanizmy kompensacyjne, których wcześniej nie przewidzieliśmy. Biologia, jak wiadomo, ma tę niewygodną właściwość, że nie czyta naszych wniosków grantowych i nie czuje się zobowiązana do potwierdzania hipotez badawczych.

Właśnie dlatego przyszłość medycyny widzę nie tyle w kolejnych izolowanych odkryciach, ile w coraz głębszym rozumieniu wzajemnych zależności pomiędzy immunologią, metabolizmem, neurobiologią, mikrobiomem i farmakologią.

W chorobach przewlekłych szczególnie wyraźnie dostrzegamy, jak zawodny bywa prosty schemat: jeden czynnik, jeden mechanizm, jeden objaw, jeden lek. Rzeczywistość biologiczna jest znacznie mniej uprzejma wobec naszych klasyfikacji. I właśnie tutaj połączenie biologii systemowej ze sztuczną inteligencją może okazać się wyjątkowo wartościowe. AI pozwala analizować ogromne zbiory danych, identyfikować nieoczywiste zależności molekularne i projektować potencjalne cele terapeutyczne. Nie zastąpi jednak eksperymentu, krytycznej interpretacji wyników ani badań klinicznych. Model komputerowy może wskazać obiecującą cząsteczkę, ale nie potrafi samym swoim przekonaniem uczynić jej skuteczną i bezpieczną dla pacjenta.

W tym kontekście współpraca Roche z chińską biotechnologią nabiera szczególnego znaczenia. Zachodni koncern nie zwraca się już do chińskiego przedsiębiorstwa wyłącznie po tańszą produkcję czy gotowego kandydata na lek. Poszukuje kompetencji niezbędnych do tworzenia nowych terapii. Jest to subtelna, ale fundamentalna zmiana w globalnym podziale pracy naukowej. Chiny stopniowo przechodzą od roli wykonawcy cudzych koncepcji do roli współtwórcy innowacji, a niekiedy również ich inicjatora.

Nie oznacza to oczywiście, że chiński model rozwoju nauki pozbawiony jest poważnych słabości. Nature zwraca uwagę na nadmierną presję publikacyjną, problemy z rzetelnością części badań i stosunkowo niewielki udział finansowania badań podstawowych. W 2024 roku przeznaczano na nie w Chinach niespełna 7% całkowitych nakładów R&D, wobec około 14,4% w USA. Analiza wycofanych publikacji wykazała ponadto, że w latach 2014–2024 niemal 60% retrakcji dotyczyło artykułów mających przynajmniej jednego autora afiliowanego w Chinach. Nie oznacza to bynajmniej, że podobny odsetek chińskiej nauki jest nierzetelny, ale pokazuje skalę problemów, których nie wolno ignorować. Sama liczba publikacji nie jest przecież synonimem postępu, podobnie jak liczba wykonanych badań diagnostycznych nie stanowi automatycznie miary jakości opieki nad pacjentem.

Zresztą nadmierne przywiązanie do wskaźników bibliometrycznych nie jest wyłącznie chińską przypadłością. Również w Europie i Stanach Zjednoczonych z zadziwiającą łatwością mylimy to, co można policzyć, z tym, co rzeczywiście ma wartość. Tymczasem wielkie odkrycia często rodzą się z pytań, których praktycznego znaczenia nie potrafimy jeszcze określić. Gdyby naukę finansowano wyłącznie według kryterium natychmiastowej użyteczności, historia genetyki, immunologii czy biologii molekularnej wyglądałaby zapewne znacznie skromniej. Nauka potrzebuje pieniędzy, ale potrzebuje również wolności intelektualnej, czasu, krytycznej dyskusji i prawa do niepowodzenia. Odkrycia nie da się administracyjnie zaplanować, nawet jeśli bardzo elegancko wyglądałoby to w tabeli harmonogramu.

I w tym miejscu wracamy do Europy.

Kontynentu, który przez stulecia był jednym z najważniejszych ośrodków rozwoju ludzkiej myśli, a dziś z pewnym zdumieniem obserwuje, jak naukowy środek ciężkości świata stopniowo się przesuwa. Nie oznacza to końca europejskiej nauki ani nieuchronnego triumfu Chin. Historia nie zna prawa nakazującego, aby centrum intelektualnej kreatywności na zawsze pozostawało po jednej stronie Atlantyku. Niepokoi mnie raczej nasza skłonność do traktowania odziedziczonej pozycji jako czegoś naturalnego i trwałego. Tymczasem przewaga naukowa, podobnie jak zdrowie, wymaga nieustannej troski. Zaniedbana potrafi zanikać długo przed pojawieniem się pierwszych oczywistych objawów.

Nie chciałbym jednak, aby te rozważania sprowadzić do kolejnego geopolitycznego pojedynku, w którym musimy koniecznie wskazać zwycięzcę. Nauka jest zbyt pięknym i zbyt złożonym przedsięwzięciem, aby zamykać ją w tabeli medalowej. Chiny, Europa i Stany Zjednoczone mają odmienne tradycje, przewagi i słabości, a rozwój wiedzy od stuleci dokonuje się poprzez nieustanną wymianę idei, ludzi i doświadczeń. Prawdziwym zagrożeniem byłaby sytuacja, w której rywalizacja technologiczna zaczęłaby niszczyć tę współpracę, a bezpieczeństwo narodowe stałoby się uniwersalnym uzasadnieniem ograniczania swobody badań.

Pozostaje wreszcie pytanie, które z perspektywy lekarza wydaje mi się najważniejsze. Czy wszystkie te imponujące osiągnięcia rzeczywiście przełożą się na poprawę ludzkiego zdrowia? Możemy stworzyć modele AI dysponujące bilionami parametrów, opracować tysiące nowych cząsteczek i opublikować miliony artykułów naukowych. Jeżeli jednak nie nauczymy się dzięki temu skuteczniej zapobiegać chorobom, wcześniej ich rozpoznawać i lepiej leczyć pacjentów, pozostaniemy jedynie posiadaczami coraz bardziej wyrafinowanych narzędzi.

W gabinecie lekarskim geopolityczne rankingi tracą bowiem znaczną część swojego uroku. Pacjent cierpiący na chorobę nowotworową, przewlekły proces zapalny czy postępujące schorzenie neurodegeneracyjne rzadko pyta, czy skuteczna terapia powstała w Bostonie, Bazylei, Barcelonie czy Szanghaju. Pyta, czy istnieje coś, co może mu pomóc. I trudno o bardziej rozsądne pytanie.

Patrząc na przemiany zachodzące dzisiaj w Chinach, odczuwam więc jednocześnie podziw, ciekawość i pewien niepokój. Podziw dla konsekwencji, z jaką budowany jest potencjał naukowy, ciekawość wobec możliwości wynikających z połączenia AI, biologii molekularnej i medycyny oraz niepokój, czy rozwój technologiczny nie wyprzedza naszej zdolności rozumienia jego konsekwencji.

Być może największym wyzwaniem nadchodzących dekad nie będzie wcale rozstrzygnięcie, czy światowym liderem nauki zostaną Chiny, Stany Zjednoczone czy Europa.

Znacznie ważniejsze okaże się to, czy potrafimy stworzyć taki model rozwoju wiedzy, w którym konkurencja nie zniszczy współpracy, ambicja nie zastąpi rzetelności, a technologiczne możliwości nie wyprzedzą całkowicie naszej dojrzałości etycznej.

Od czasów pierwszych filozofów przyrody próbujemy przecież zrozumieć świat, którego jesteśmy niewielką, choć niezwykle ciekawą częścią. Zmieniamy narzędzia, języki i metody. Obok ludzkiego rozumu pojawiły się systemy zdolne analizować ilości informacji przekraczające możliwości pojedynczego badacza. Nie zmieniło się jednak samo źródło nauki: zdumienie wobec rzeczywistości i niezgoda na to, aby nasza niewiedza pozostała ostateczną odpowiedzią.

I być może właśnie dlatego bardziej niż pytanie, kto wygra wyścig o dominację technologiczną, interesuje mnie inne: czy w świecie, w którym coraz więcej odpowiedzi będziemy otrzymywać niemal natychmiast, zachowamy jeszcze cierpliwość, pokorę i intelektualną odwagę, aby zadawać pytania naprawdę ważne?

Bo największym osiągnięciem cywilizacji nie musi być stworzenie maszyny, która potrafi odpowiedzieć na wszystko. Być może będzie nim wychowanie człowieka, który pomimo tej możliwości nadal potrafi się dziwić, wątpić i rozumieć, jak wiele pozostaje do odkrycia.

A to, niezależnie od szerokości geograficznej, pozostaje jednym z najpiękniejszych powodów, dla których warto zajmować się nauką.

Bibliografia. 

1. You X. China’s extraordinary rise in science and how it will change the world. Nature. 2026;658:594–597.

2. Gibney E. China’s AI research is booming. Where is it headed? Nature. 2026;658:598–600.

3. DeAngelis A. Roche inks drug discovery deal with Chinese biotech, focused on molecular glue medicines. STAT. 8 October 2026.

Przewijanie do góry